Przejdź do treści

Czytelnia

Fajna mama

  • Małgorzata Tadrzak-Mazurek

Miłość do dziecka musi od niego wymagać, musi pokazywać, co jest dobre, co złe. A ja nie muszę być w jego oczach fajna, za wszelką cenę - taka "kumpela", co to nawet pójdzie z nastoletnią córką do lekarza, żeby dobrał jej odpowiednie środki antykoncepcyjne.

Po urodzeniu pierwszego dziecka postanowiłam, że będę idealną mamą. Ponieważ nie bardzo wiedziałam, jak się za to zabrać, podpowiedzi szukałam w pismach skierowanych do młodych rodziców, których nie brak teraz na rynku. Jedyny wniosek, jaki mi się nasuwał z tej lektury, brzmiał następująco: Powinnam być wyłącznie do dyspozycji mojego dziecka. Czuwać, żeby miało zaspokojone wszystkie potrzeby, z potrzebami emocjonalnymi na czele, pilnować się, żeby nie podnieść głosu (bo jak wyczytałam, to już jest przemoc emocjonalna), szanować jego prywatność - broń Boże nie łamać jego praw. Bo a nuż się poskarży (są przecież specjalne linie telefoniczne, gdzie dziecko może zgłosić przemoc w rodzinie) i będę miała za swoje... Może poda mnie do sądu, bo prawo już mu to umożliwia.

Przyjmowałam to wszystko ze spokojem, ba w poczuciu, że dzieje się rzecz dobra! Tyle przecież przemocy, tyle zła zamkniętego w czterech ścianach czasami z pozoru sielankowo wyglądającego domu. I trzeba stwarzać warunki do walki z tym. Ale wciąż w głębi duszy kołatało mi pytanie: A co z moimi prawami i potrzebami? A ja nie mam prawa do odrobiny ciszy na przykład? Ale jako dobra mama, nie mogłam być przecież egoistką!

Aż w końcu przyszedł ten upragniony czas, że wyszłam z pieluch i nie byłam na tyle zmęczona, że znowu mogłam zacząć myśleć. A z tą chwilą przyszła też refleksja... A może jednak warto czasami pomyśleć o sobie? Może to będzie dobre dla wszystkich? Także dla dziecka? Czy wychowywanie takiego dziecka-króla, które ma rodziców na swoje usługi jest dobre? Dziecko musi się wykrzyczeć, bo to naturalne prawo dzieciństwa. To prawda, ale co z moim prawem do spokoju? Czy nie wychowam przypadkiem egoisty, jeśli nie będę mu komunikować, że ja też czegoś potrzebuję? Czy nie wychowam człowieka, któremu będzie się wydawało, że to on zawsze musi być w centrum i że to on musi w pierwszym rzędzie zaspokajać swoje potrzeby, jeśli nie będę zaspokajać swoich potrzeb, zanim nie zaspokoję jego?

Im dłużej myślałam, tym byłam coraz bardziej przekonana, że warto pozwolić sobie na odrobinę troski o siebie i swoje potrzeby. Dla dziecka będzie to sygnał, ze inni obok niego też czegoś chcą, oczekują i to niekoniecznie tego samego, co ono. Jeśli nie myślimy o sobie i nie szanujemy swoich potrzeb, to jak dzieci mają się nauczyć myślenia o innych i nie stawiania siebie w centrum? Jak mają dostrzegać potrzeby innych, jeśli my zachowujemy się tak, jakbyśmy niczego dla siebie nie potrzebowali, a stworzeni jesteśmy tylko po to, żeby służyć naszym dzieciom.

Miłość do dziecka musi od niego wymagać, musi pokazywać co jest dobre, co złe. A ja nie muszę być w jego oczach fajna, za wszelką cenę - taka "kumpela", co to nawet pójdzie z nastoletnią córką do lekarza, żeby dobrał jej odpowiednie środki antykoncepcyjne. Co więcej, nawet nie powinnam, bo to będzie świadczyło tylko o tym, że ulegam, żeby zyskać aprobatę, a przecież naturalną koleją rzeczy w wychowywaniu jest mówienie nie, stawianie granic i równie naturalne jest także niezadowolenie dziecka jako pierwsza reakcja na zakaz. A więc zdawałoby się konflikt. Ale taka właśnie konfrontacja jest nieodzowna w wychowywaniu. A że to walka i trud... Cóż... Czyż nie taka jest właśnie rola rodzica?

Małgorzata Tadrzak-Mazurek

Autor

Małgorzata Tadrzak-Mazurek

Źródło

Magazyn Salezjański Don BOSCO (7-8/2004)


Udostepnij