Przejdź do treści

Czytelnia

Wróciłam z poszerzonym sercem

  • Agnieszka Jaroszewicz

Tutaj zobaczyłam jak bardzo i moja oazowa formacja, i animatorskie doświadczenie, i pasja filologiczna konieczne są wszystkie razem, słowem - jak doskonale Pan Bóg wybiera sobie "pionki", które może bez przeszkód przestawiać tam, gdzie jest taka potrzeba.

Jest coś, o czym żaden wolontariusz wyjeżdżający na Ukrainę nie wspomni z powodu oczywistości tegoż. A są to... napisy. Pierwsze, co czeka przeciętnego gorliwca misyjnego po przekroczeniu granicy, to nieukrywana trudność w odczytaniu najprostszych komunikatów (no, może poza graficznymi) O ile oczywiście nie jest on obeznany w tajnikach języka rosyjskiego, tudzież jeśli nie jest szczęśliwcem władającym językiem ojczystym spodziewanych podopiecznych. Piszę "spodziewanych", gdyż, jak się okazuje, amatorzy wyjazdów sierpniowych mogą się nieco przeliczyć co do frekwencji na zajęciach... No, może doliczą do jednego (chyba, że zabiorą się za liczenie kilogramów pomidorów do zapraw albo sztuk szyb okiennych do umycia). Przynajmniej tak rzecz się miała w Gwardyjsku w drugim miesiącu wakacji tego roku. Jednak wolontariusz nie gapa i zajęcie sobie znajdzie - na chwałę Pana i dla dobra Kościoła, na przykład parafialnego w tej przeuroczej miejscowości.

Tak więc mogę spokojnie zostawić nasze duchowe centrum na Ukrainie i przenieść się do odległych o około 40 minut jazdy nigdy-nie-pełną marszrutką, służącą także za coś w rodzaju wesołego miasteczka, Oleszkowiec. To tam był mój punkt docelowy, do którego pielgrzymowałam codziennie z Kasią u boku. Żeby jednak kontynuować raz rozpoczęty wątek, zdradzę Wam tajemnicę, że nie tylko znawcy języków nieodległego Orientu mogą odczytać ukraińskie hieroglify - czasem na misjach przydaje się nawet filologia polska, a wraz z nią nauka języka starocerkiewno-słowiańskiego (i niech jeszcze któryś student odważy się powiedzieć, że to do niczego niepotrzebne!). Prawda, że prosty sposób? Ale tak na serio: Pan Bóg wyraźnie pokazuje, że każde zainteresowanie, nawet to najbardziej zwariowane i "niepasujące" do odkrywanego dopiero co powołania, jest Mu potrzebne i można je twórczo wykorzystać. W końcu to On rozdaje zarówno talenty, jak i powołania. Dopiero to jest proste.

W Oleszkowcach nie było zbyt wiele czytania - raczej spotkania z native speakerami. To znaczy: my, wolontariuszki robiłyśmy za ekspertów od języka polskiego, dzieciaki - za znawców ukraińskiej mowy. I pomysłów nam nigdy nie brakowało, a przynajmniej drzewa genealogiczne, będące owocem katechezy o małżeństwie i rodzinie, były wykonane ciekawą czcionką. Tak naprawdę najpiękniejszym owocem były rozmowy w domach, które pozostaną dla nas jedynie w sferze wyobrażeń, a zapewne były okraszone barwnymi opowieściami i wspomnieniami dziadków. Piosenki, piłka, rysowanie, gra w "Mafię", pieczątki z ziemniaków, aniołki z modeliny... Gra w "Mafię"?! Tak. Właśnie tak. Kasia nauczyła. I wierzcie mi, że im dłużej graliśmy, tym więcej miałam trudności ze zdemaskowaniem mafii - inteligentne dzieciaki, nie ma co. Do tego zaimponowały mi, jak przyszła pora na modlitwę koronką do Miłosierdzia Bożego. Ci, którzy zostali, prześcigali się wzajemnie w zgłaszaniu chęci poprowadzenia kolejnych "dziesiątek". Widać, że mają przekazywane bardzo dobre przyzwyczajenia, które będą procentować. A katechezy... cóż, najlepiej "przemycać" przy pracach ręcznych w postaci opowiadań biblijnych i bajek - akurat wspominam to, czego sama miałam możliwość doświadczyć, choć nie miałam zbyt wielu okazji, o czym zaraz. Acha! Mało brakowało, a zapomniałabym o ulubionej rozrywce poza "Mafią": grach planszowych. "Chińczyk" doczekał się szczytu popularności, w tym wersji z ręcznie wykonanymi pionkami i kostką. Podobnym powodzeniem cieszyło się "Grzybobranie", a obydwie gry miały swoich niezaprzeczalnych czempionów. Naszą funkcją było przegrywać "z twarzą" i dawać przykład uczciwej zabawy dla samej zabawy, nie dla wygranej... a o to niełatwo. Podobno jednak Voluntario nihil difficile. Ufam, że przesłanie tej maksymy jest zrozumiałe, toteż pokuszę się o wtrącenie ponadto słówka nadziei, iż w pojęciu "voluntario" mieszczą się także nasze skromne osoby...

Oczywiście mogę żywić taką nadzieję w tej i wielu innych sprawach, widząc, jak silnie zaznacza się Boża obecność. O ile na przykład w grze "Grzybobranie" liczyć mogłam co najwyżej na zbiory muchomora od czasu do czasu, o tyle na planszy mojego życia wystarczył jeden ruch Bożym palcem i znalazłam się na innym "grzybobraniu" (gdzie, dodajmy, młode duszyczki rosły imponująco jak grzyby po deszczu... a deszczu trochę było), mianowicie jako animator na oazie.

Tutaj zobaczyłam jak bardzo i moja oazowa formacja, i animatorskie doświadczenie, i pasja filologiczna konieczne są wszystkie razem, słowem - jak doskonale Pan Bóg wybiera sobie "pionki", które może bez przeszkód przestawiać tam, gdzie jest taka potrzeba. Cieszę się, że i mnie zechciał lekko "przesunąć", bo choć pożegnałam się przedwcześnie z rozbawionymi Oleszkowcami, czekały mnie obfite i błogosławione zbiory. To znaczy prawdziwe zbiory odbędą się za czas jakiś i nie ja ich dokonam, ale już są spodziewane. Cztery kochane duszyczki w grupie, ks. Jarosław i Basia jako moderatorzy, warunki doskonale polowe i parę inszych inszości - to przepis na pożywną strawę duchową, także dla animatora. Świeżość wiary, spontaniczność i otwartość, a do tego piękne głosy - to tylko nieliczne z cnót ukraińskich oazowiczów, którzy są dalecy od dumania: "ciekawe, co jeszcze animatorzy wymyślą...", ale czekają po prostu na rozmowę o Bogu, i sami mają już wiele do powiedzenia. W przeciwieństwie do mnie, która raz po raz zdaje sobie sprawę z tego, że więcej żyję tymi rekolekcjami i tą służbą, niż potrafię przekazać postronnym. Owszem, mogłabym rozpisać się na ten przykład o wyprawie w góry bez szlaków i przedzieraniu się przez chaszcze pokrzyw i malin, o hydromasażu w wartkim potoku sięgającym nieco powyżej kolan przy pełnej wrażeń przeprawie, o maszerowaniu przez kilka kilometrów do parafii w Głębokiej, nie zawsze po utwardzonym gruncie, oraz o kilku innych atrakcjach, ale czy to będzie sedno Bożego planu?

Chyba bliżej sedna całego ciągu cudów, bo tak wolę mówić, będzie powrót do wątku początkowego. Nieodłącznym punktem dnia oazowego, a moim ulubionym, była szkoła śpiewu. Śpiewniki były, ma się rozumieć, ukraińskie, choć "pisni" - w większości tłumaczone z polskiego lub przynajmniej odpowiadające tym naszym. Wystarczyło czytać odpowiednio szybko. No więc się szkoliłam, podobnie jak podczas codziennej Eucharystii. Obiecałam sobie, że po dwóch tygodniach tam spędzonych będzie mi obojętne w jakim języku: polskim czy ukraińskim będą się do mnie zwracać rozmówcy, i w którym z wymienionych języków będzie sprawowana liturgia. Stało się tak jeszcze szybciej niż przypuszczałam. Możecie mi wierzyć, że łzy radości stanęły mi w oczach, kiedy spostrzegłam, że prywatnie także modlę się różańcem po ukraińsku. To niezwykłe uczucie: szczerze zwracać się do Boga słowami różnymi od tych, do których jest się na co dzień tak przywiązanym, że nawet cały rok akademicki (i to niejeden) spędza się nad zgłębianiem doskonalszego ich użycia. Krótko mówiąc, dane mi było jeszcze bardziej zasmakować kultury i myślenia tych, do których zostałam posłana. Zastanawiam się tylko, kto tu do kogo bardziej był posłany. A to także uczucie nieobce misjonarzom.

Kiedyś sądziłam, że największa trudnością w pracy misyjnej byłby dla mnie właśnie język, przyznam się, że nie wierzyłam za bardzo w "język miłości", przynajmniej w moim przypadku. Tymczasem po udziale w wielkim dziele Bożym wróciłam do Polski (że użyję tu stwierdzenia zaprzyjaźnionej siostry misjonarki) z poszerzonym sercem, umocnioną wiarą i nawet trochę uświęcona. W zachwycie nad Bożą mądrością budzą się we mnie kolejne pokłady nowego zapału i liczne myśli, spośród których na czoło wysuwa się jedna: jeszcze tam wrócę. I już nawet wiem jak.

Agnieszka Jaroszewicz

Autor

Agnieszka Jaroszewicz

Źródło

Międzynarodowy Wolontariat DON BOSCO


Udostepnij