Przejdź do treści

Czytelnia

Dwa serca

  • Monika Birungi

Nie czuję się rozerwana, czuję, że kiedy mam dwa serca, mam więcej sił! Czuję, że ta część, która została w Polsce, pracuje równie mocno, jak ta tutaj! Dziękuję Wam - moje pierwsze serce!

Młodość się musi zahartować -
w ogniu burz!
w ogniu hut!
W burze Bóg kuje młodość , jak żelazo kowal -
weź mnie, Kowalu, pod młot
i kuj!

(Karol Wojtyła - Mousike)

Hej, tam na Białym Lądzie!

Nazbierało się trochę ciekawych wieści, więc korzystam z okazji, bo dziś po raz pierwszy od 6 dni mamy prąd i piszę...

Przepraszam, że nie na wszystkie listy jestem w stanie prywatnie odpisać lub że odpisuję z ogromnym opóźnieniem. Wiem też, że czasem nie wszystko dociera na konkretny adres... Proszę o wybaczenie!

U nas wakacje w pełni... W Ugandzie rok szkolny wygląda trochę inaczej niż w Polsce. Są trzy semestry, po zakończeniu których następują miesięczne wakacje. Następny semestr zaczyna się 18 września, a kończy w grudniu. My mamy najwięcej pracy właśnie w wakacje. Dzieciaki przychodzą do nas, żeby przynieść świadectwa (po każdym semestrze dziecko otrzymuje raport z wynikami) i żeby zrobić kartkę świąteczną dla rodziców adopcyjnych. Robimy to teraz, ponieważ później nie sposób złapać wszystkich dzieci, gdyż chodzą do różnych szkól! Wiecie pewnie sami, że choć praca z dzieciakami jest fantastyczna, wcale nie jest łatwa. Na początku starałam się pomóc każdemu maluchowi w przygotowaniu kartki, ale to doprawdy syzyfowa praca. Stwierdziłam, że to nawet lepiej, kiedy nie pomagam i wychodzą takie bohomazy: życzenia do góry nogami, odciski palców a nawet stóp... to autentyczniej wygląda! Poza robotą z kartkami popołudniami prowadzimy "seminaria" dla każdego rocznika oddzielnie. Seminaria te poświęcone są najważniejszym problemom - zdrowie, wybór szkoły... itp. Choć pracy jest wiele, daje ona ogrom satysfakcji i czasem zdarzają się niespodziewane atrakcje, jak choćby ta, kiedy nasz biskup Cyprian Kizito Luwanga zabrał mnie "do siebie".

W wielkim skrócie to było tak. Przez cały tydzień dwaj klerycy, którzy przygotowywali się do święceń, odbywali u nas rekolekcje. Świecenia miały odbyć się w sobotę. W piątek wieczorem, biskup przyjechał, żeby zobaczyć się z klerykami i z naszą wspólnotą. Tu warto dodać, że odwiedziny biskupa wyglądają całkiem inaczej niż w Polsce. Bez żadnych ceremonii, nikt się nie stroi, nie robi specjalnych szopek. Wszystko naturalnie i spontanicznie. Nasz biskup to świetny gość, bardzo przyjacielski i otwarty, sypie żartami jak z rękawa i nawet zna kilka słów po Polsku! Po spotkaniu z klerykami mieliśmy herbatkę z eminencją. W czasie rozmowy wyszło, że nie byłam jeszcze do tej pory w Kasana (to nasza stolica biskupia). Biskup zaproponował mi wycieczkę. Monice nie trzeba dwa razy powtarzać... Spakowałam szczoteczkę do zębów i ruszyłam z biskupem... Wieczór spędziłam w ogrodzie, rozmawiając z ojcem Emanuelem - rektorem naszego seminarium, dostałam pokój gościnny z przepiękną różową moskitierą i po raz pierwszy, odkąd tu przyjechałam, umyłam się w ciepłej wodzie! Następnego dnia od samego rana ruch był ogromny, przyjechało wielu księży i oczywiście nasi znajomi Polacy - Boguś i Lucek! Msza, na której odbyły się święcenia, trwała tylko 4 godziny! Pisze tylko, bo ostatnio byłam na takiej, co trwała 5,5! Normalna niedzielna Msza w naszej parafii trwa pełne 2 godziny!

Dość już, bo pomyślicie, że mi tu lepiej niż w Polsce! He ... może i lepiej... tylko że takich ludzi jak Wy, to tylko w Polsce można spotkać...

Sezon wakacji to czas, kiedy nasilają się kradzieże. Ostatnio złodzieje okradli jeden ze sklepów bardzo blisko naszej misji. Wybili dziurę w ścianie i weszli do środka! Dlatego musimy być bardziej czujni niż zwykle, kiedy szkoły i akademik stoją puste - to łatwy łup dla złodziei i dość atrakcyjny, szczególnie nasze technikum, gdzie mamy wiele narzędzi. Trzeba nam patrolować okolice i sprawdzać, czy wszystko gra. Teraz kilka moim zdaniem ciekawych tematów. Jeśli macie jakieś pytania - czekam!

Imię - jakże wiele mówi ono o człowieku! Nie ma na świecie ludzi, którzy nie mają imienia. To czźść naszego bytu... Pisałam wam ostatnio trochę o hinduskich imionach. Teraz trochę o ugandyjskich.

Imiona w Ugandzie niosą ze sobą więcej treści niż nasze europejskie imiona. Tutaj ludzie nie mają nazwisk. Normalnym jest, że w jednej rodzinie nikt nie nazywa się jednakowo. Każdy tutaj ma dwa imiona. Jedno zazwyczaj chrześcijańskie: Jan, Tomasz, Maria, Mikołaj, Franciszek, Jozef, Piotr... Drugie ugandyjskie, które zazwyczaj mówi o sytuacji, w jakiej narodziło się dziecko. Na przykład jeśli urodzi się chłopiec w momencie, kiedy matka była w drodze, dziecko ma na imię Sseguja - co znaczy mniej więcej tyle co "w drodze". Prefiks ss- dodawany jest zawsze chłopcom, a dziewczynkom prefiks -na. Dlatego dziewczynka urodzona w drodze będzie się nazywać Naguja. Pomysłowość ugandyjska w tej kwestii nie zna granic. Zdarza się, że dziecko dostaje imię pierwszej rzeczy, którą widzi matka po porodzie - może to być krzesło albo sufit... Jeśli urodzą się bliźniaki, zazwyczaj pierwszy ma na imię - pierwszy, a drugi - ostatni! Niezwykle podoba mi się sposób nadawania drugiego - chrześcijańskiego - imienia. W Bugandzie, czyli w regionie, gdzie się znajduję, zwyczajowo imię dziecku nadaje babcia ze strony ojca (do starszych ludzi w języku Luganda nie mówi się pani, pan. Zarówno do mężczyzny, jak i do kobiety zwraca się - dziadzia!). Więc taka dziadzia patrzy na maleństwo i mówi: Tyś podobny do mojego "starego", to będziesz miął na imię jak on! W Acholi - na północy Ugandy - kładzie się dziecko i zaczyna wypowiadać powoli po kolei rożne imiona. Jeśli w czasie któregoś z nich dziecko zacznie gaworzyć albo się uśmiechać, znaczy, że to imię mu się podoba i takie imię dziecko dostaje. Czasem też matka bierze dziecko i przykłada do piersi, wypowiadając imiona, jeśli dziecko zacznie ssać, znaczy że wybiera sobie to imię, które właśnie wypowiedziała matka.

Zaręczyny!
Zaręczyny są niezwykle efektownym ceremoniałem. Zresztą większość ważnych wydarzeń w życiu Afrykańczyków związana jest z uroczystym ceremoniałem. Niestety, coraz częściej ludzie tutaj kopiują zachodnie wzorce, które nie mają żadnej wartości kulturowej, "zabijając" w ten sposób swoją jakże piękną i bogatą tradycję!

W dniu zaręczyn, które odbywają się zawsze w domu panny, zjawia się cała rodzina. Kawaler, który chce "dostać" swoją narzeczoną, musi przyjść ze swoją świtą złożoną z samych mężczyzn, są to najczęściej bracia, kuzyni, przyjaciele. Im więcej mężczyzn z nim przyjdzie, tym więcej "plusów" ma u rodziców panny. Obowiązują stroje narodowe - czyli dla mężczyzn kanzu, a dla kobiet gomes. Musi też ze sobą przynieść podarki dla rodziców panny. Kiedy wszyscy są już gotowi, rozpoczyna się "przedstawienie". Ojciec panny przyprowadza przed kawalera jakąś młodą dziewczynę, zazwyczaj sąsiadkę, i mówi, że oto jego panna. W odpowiedzi jeden z mężczyzn ze świty kawalera - nie może to być sam kawaler - odpowiada, że to nie jest ta panna. Ojciec odpowiada, że to musi być ta panna, bo nie mają tu innej. Mówca odpowiada, że chce poszukać sam tej jedynej panny. Na co ojciec odpowiada, że on sam poszuka, po czym przyprowadza jakąś starszą kobietę, zazwyczaj jakąś z ciotek. Mówca znów odpowiada, że to nie jest ta. Ojciec zapewnia, że to musi być ta, bo innej tu nie ma. Wszyscy oczywiście śmieją się do rozpuku. W końcu kawaler każe komuś ze świty przynieść podarki i wręczyć ojcu. Kiedy ojciec przyjmie podarki i przyprowadza właściwą pannę młodą. Lecz nie pozwala jej się jeszcze zbliżyć do kawalera. W tym czasie babcia albo któraś z ciotek wygłasza wymyśloną historie o tym, jak to się ci dwoje poznali. Historie są wymyślane i zazwyczaj bardzo karykaturalne. Po tym "skeczu" ojciec prosi kawalera, żeby się przedstawił. Kawaler musi powiedzieć, kto jest jego ojcem i dziadkiem, z jakiego rodu, z jakiego klanu pochodzi i z jakiego plemienia. Jeśli pochodzi z innego plemienia niż panna, zdarza się, że ojciec nie zgadza się na ślub (no chyba że jest wystarczająco bogaty) i kawaler naprawdę odchodzi z pustymi rekami. Jeśli jest z tego samego plemienia, ojciec oddaje mu córkę, a kawaler wkłada na palec swojej wybranki pierścionek zaręczynowy, po czym wszyscy wiwatują, biją brawa, gratulują i... idą jeść...
Kto by nie chciał takich zaręczyn....

Teraz czas na bajkę, która w doskonały sposób obrazuje różnicę między mentalnością Europejczyków i Afrykańczyków. Bajkę opowiedziała mi Fr. Arasu.
Nad jeziorem Wiktorii w Ugandzie żył sobie pewien rybak. Miał on żonę, troje dzieci, malutką chatkę i bardzo dobrą wędkę. Codziennie rano szedł na brzeg jeziora i łowił ryby. Kiedy złowił już 10 sztuk, zabierał je na targ do znajomego sprzedawcy, sprzedawał, a pieniądze przeznaczał na jedzenie i ubrania dla swojej rodziny. Pieniądze wystarczały na zaspokojenie potrzeb całej rodziny. Praca ta zajmowała mu pół dnia. Resztę dnia spędzał, siedząc przed domem, patrząc na jezioro i rozmawiając z żoną, dziećmi i wszystkimi, którzy do niego przychodzili. Tak mijały dzień za dniem. Pewnego dnia zjawił się pewien muzungu - biały. Długo przyglądał się rybakowi, kiedy on łowił ryby. Następnego dnia ten sam muzungu znów przyszedł na brzeg jeziora i przyglądał się rybakowi, aż w końcu podszedł do niego i powiedział:
- Rybaku, dlaczego łowisz tylko 10 ryb dziennie? Przecież możesz poświęcić więcej czasu i złowić więcej ryb!
- Ależ dlaczego? - Ze zdziwieniem zapytał rybak.
- Kiedy złowisz więcej ryb i sprzedasz je, będziesz miał więcej pieniędzy. Jeśli będziesz miał więcej pieniędzy, będziesz mógł kupić sobie łódź i wypływać na jezioro, by złowić jeszcze więcej ryb. - Tłumaczył muzungu.
- Dobrze, ale po co? - Znów zapytał rybak.
- Kiedy będziesz miał łódź i będziesz łowił więcej ryb, sprzedasz je i będziesz mógł sobie kupić łódź motorową, żeby móc wypływać daleko na jezioro, gdzie jest więcej ryb i złowić jeszcze więcej.
- To prawda - odrzekł rybak - ale czemuż miałbym to robić?
- To proste! Będziesz łowił więcej, będziesz miał więcej pieniędzy. Będziesz mógł zbudować większy dom dla swojej rodziny, kupić samochód, kupić wiele innych rzeczy... - wyliczał muzungu.
- Lecz po co mi to wszystko? - Ze zdziwieniem zapytał rybak.
- Jak to po co? By być bardziej szczęśliwym!!! - Wykrzyknął muzungu.
- Ale ja już jestem bardzo szczęśliwy! Powiedział rybak.

Jako "rasowy" teolog zastanawiam się nad rożnymi problemami natury religijnej, które zżerają tutejszych ludzi (choć chyba bardziej ludzi z Europy...). Nie sposób dotrzeć do źródła tych problemów, wszak musiałabym jakieś badania longitudinalne przeprowadzić lub chociaż porządny wywiad strzelić... Ale przecież nie po to tu jestem! Jednak z tego, co da się zauważyć zwykłym polskim okiem, uchem i sercem, widzę, że wiara Afrykańczyków jest bardzo "ekstrawertyczna". Ludzie ci bardzo lubią wszelkiego rodzaju ceremonie, które trwają godzinami. Lubią, kiedy coś się dzieje, kiedy można coś przedstawić, pokazać. Religijność ślizga się po skórze, namaszcza niczym olejek. Natomiast w środku tylko żołądek i wątroba... Wartości, które niesie ze sobą chrześcijaństwo, nie są szczególnie kultywowane, w życiu codziennym brak ich interioryzacji. Wyjątkową też jest sytuacja międzyreligijna. Obok siebie żyją ludzie rożnych wyznań, rożnych religii. Zapytałam ostatnio jedną młodą dziewczynę, dlaczego jest w Kościele katolickim, a nie na przykład w protestanckim... odpowiedziała, że Bóg katolicki jest silniejszy niż protestancki... Jak to się objawia? - nie potrafiła wyjaśnić!

Charakterystycznym zjawiskiem dla takich terenów jak Uganda, gdzie ludność stanowi mieszankę wszystkich ras i kultur, jest wieloreligijność. Wspominam o tym, ponieważ stanowi to także swego rodzaju "problem" dla nas katolików! Zjawisko to nie jest jeszcze widoczne w Polsce - myślę, że najwyraźniej występuje w USA i w zachodniej Europie (choć tu mogę się mylić). Na czym polega ten problem? Już tłumaczę. Rożnej maści odłamy protestantyzmu, grupy nie protestanckie, ale nazywające siebie chrześcijanami, w końcu sekty, których nie sposób zliczyć (pomijam tu inne religie, bo to odmienny problem) walczą tu o każdego wyznawcę... Nauka, którą głoszą, jest bardzo atrakcyjna (szereg haseł typu: Chrystus, potężny Król, zbawi cię już dziś!; jedyne co musisz robić, to słuchać "naszych" wskazówek, "my mamy klucz do nieba". Już dziś możesz się zbawić!). W listopadzie ma przyjechać do Ugandy znany w Stanach z telewizyjnego show pastor ze swoją "Cudowną Krucjatą". Oczywiście, wstęp na imprezę jest płatny... Organizują wielkie widowiska, spektakularne uzdrowienia, tłumaczą w taki sposób Biblię, żeby pokazać, że nie jest trudnym życie według Słowa! Wielu ludzi odchodzi od Kościoła, bo tu jest za ciężko, bo tam jest łatwiej... Sześć lat temu w Kabonge 1500 osób spłonęło żywcem, ponieważ ich mukulu (w języku luganda to religijny przywódca) zapowiadał koniec świata z nastaniem 2000 roku...

Powołują się na Biblię i na Chrystusa, tylko że wśród tych wszystkich mów nie ma słowa o Krzyżu... Co więc mamy zrobić my, katolicy, dla których Krzyż stanowi centrum, aby przekonać "do siebie", a przede wszystkim do Krzyża. Nauka Krzyża nie jest łatwa, prosta i zabawna, jak nauka którą głoszą inni "chrześcijanie". Myślę, że duży problem stanowi zrozumienie pojęcia wolności. Nawet tu w stosunkowo "młodej chrześcijańsko" Afryce pokutuje stereotyp, że Kościół to miejsce, gdzie nie możesz być wolnym. Wolność zaś znajdziesz przy Chrystusie, ale poza Kościołem, czyli u "innych chrześcijan". Poza rozumieniem wolności ważne też jest poznanie prawdy. Chciałoby się wrócić na wykład do prof. Ewertowskiego, by zapytać, czym jest prawda? Gdzie jest prawda? Czy prawda w ogóle istnieje? Tu zaś trzeba prawdy szukać nie tylko w umyśle, ale przede wszystkim w życiu. Trzeba nam żyć w prawdzie. W prawdzie, którą dał nam Stwórca, nie w tej prawdzie którą dają nam przeróżni mukulu!

Jak powiedzieć tym młodym ludziom, że można żyć przytulonym do Krzyża i być szczęśliwym? Chyba nie da się tego wypowiedzieć inaczej niż życiem... To ogromne zadanie, które stoi teraz nie tylko przed Kościołem w Afryce!

Kiedy tu przyjechałam, starałam się zrobić wszystko, by czuć się, jak w domu. Czuję się tu, jak w domu, choć wiem, że to mój dom już tylko na najbliższe 10 miesięcy. "Tam dom, gdzie serce Twoje" - wiem! Zostawiłam kawałek serca w Polsce - w Wantkowie, w Gołyminie, w Olsztynie, w Zakopanem i wszędzie tam, gdzie są moi przyjaciele i moja rodzina, resztę zabrałam tutaj - "więc teraz serca mam dwa..." Nie czuję się rozerwana, czuję, że kiedy mam dwa serca, mam więcej sił! Czuję, że ta część, która została w Polsce, pracuje równie mocno, jak ta tutaj! Dziękuję Wam - moje pierwsze serce!

Monika Birungi

Autor

Monika Birungi

Źródło

Międzynarodowy Wolontariat DON BOSCO


Udostepnij