Przejdź do treści

Czytelnia

Czułam się tak, jak osoba pozbawiona...

  • Danuta Prot

W sylwestrowe przedpołudnie przeszłam się na rynek i patrzę, i widzę, że wszyscy sprzedają bieliznę w kolorze żółtym. Jedyna moja myśl była taka: zrabowali jakąś ciężarówkę i teraz sprzedają. Och!

Calca, Peru dnia 7.01.2006

"Mędrcy świata, monarchowie, gdzie spiesznie dążycie?"

Na początek pierwsza ciekawostka: w Peru i w całej Ameryce Południowej Uroczystość Objawienia Pańskiego obchodzi się w niedzielę. Boże Ciało też w niedzielę, a nie w czwartek. Spowodowane jest to tym, by umożliwić wiernym uczestniczenie we Mszy w tym dniu, bo zwykle ludzie pracują i nie mogą się urwać z roboty.

Jeśli mieliście jakieś wyobrażenie o moim pobycie tu, to teraz musicie je zmienić dość radykalnie. Po pierwsze zmieniło się miejsce mojego zamieszkania. Teraz otaczają mnie z czterech stron góry, a nad głową mam błękitne niebo (w Limie nigdy niebo nie było błękitne). Nie wiem, czy dobrze przetłumaczę, ale to miejsce, w którym usytuowana jest Calca i inne wioski, nazywa się "świętą doliną Inków". I czasami towarzyszy mi jakiś taki swoisty duch sacrum. Jakbym chciała uszanować całe pokolenia ludzi, którzy żyli tu przede mną i ich poczucie "świętości" tego terenu. Co do ludzi współczesnych, to ci, co schodzą do Calci z comunidades (tak się nazywają ich małe wioseczki- wspólnoty), mają na sobie swoje tradycyjne stroje. Śmieszy mnie to czasem, bo czuje się tak, jakbym była w żywym skansenie, ale dla nich to jest po prostu rzeczywiste ubranie. Bardzo mi się podoba to, że dla wielu dziecko nie jest żadnym problemem i przeszkodą w normalnym życiu. Zawijają bobasa w chustę, przerzucają przez plecy i robią, co muszą.

Teraz opiszę trochę moją pracę. Mieszkam w domku dla dzieci ubogich, możemy sobie go przybliżyć jako internat, w którym przebywa 36 dzieci biednych, które w innym wypadku nie miałyby możliwości się uczyć, bo np. do szkoły miałyby 6 godzin na piechotę. Tylko że teraz dzieciaki mają wakacje i w domku pozostała połowa dzieci. Od 16 stycznia zaczną się półkolonie. Będą przeróżne warsztaty: tańca, ceramiki, muzyczne, angielskiego, a także z literatury i matematyki oraz przygotowania do sakramentów.

Nasz plan dnia wygląda tak: rano trzeba wstać z łóżka, dla mnie każdego dnia jest to wielki wyczyn. Nie mogę się wylegiwać za długo, bo o 7 rano we wspólnocie jest Msza, a i hałas w domu taki, że przyciśnięcie poduszki do ucha nie wystarcza. Zawsze jeszcze zdarzają się wypadki niespodziewane: ktoś zachoruje, ktoś zadzwoni, ktoś szuka kluczy... Śniadanie. Po nim czas lektury. Dzieci czytają książki, więc i ja mam trochę czasu, by podreperować hiszpański. Ale jeśli w kuchni trwa obieranie fasoli z łupiny i ze skórki, to uciekam do tego zajęcia. Nie mam pojęcia czemu, ale strasznie lubię obierać groszek i fasole. Do ziemniaków się nie tykam, "trzeba mieć zasady w życiu". Kiedy głowy są pełne wyrazów, ruszamy na podbój boiska. Zwykłe dzieciaki nanarzekają, ile mogą, ale gdy już zaczniemy grać razem, wszyscy dobrze się bawią. Po sporcie jest czas na przepłukanie się. A to dzięki zrealizowanemu przy pomocy Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie projektowi zakupu termy słonecznej, nogi nie odpadają od zimnej wody (po zimnej nocy miło się trochę ogrzać!). Przed obiadem realizowany jest jeden program edukacyjny "odważni dla miłości". Przekazuje on wartości chrześcijańskiego spojrzenia na miłość międzyludzką. Niesamowite jest to, że dzieciaki naprawdę chętnie uczestniczą w tych spotkaniach. Po obiedzie trochę czasu wolnego, a potem znowu piłka w ruch i uśmiechy na twarzach. O 17.30 mamy na boisku modlitwę ze wszystkimi, co przyszli "z ulicy" grać. Zawsze siatkarze są w trakcie rozgrywki i brakuje im ileś punktów do ostatecznego wyniku, a dziś ku memu wielkiemu zadziwieniu przybiegli, gdy tylko padło hasło "modlitwa". A właśnie chciałam, by przyszli trochę z opóźnieniem, bo powinniśmy poczekać na wolontariuszy z Limy, którzy wybierają się do jednej z placówek misyjnych blisko dżungli.

Dzieci znowu czyszczą się, ile mogą, tzn. na ile im pozwalają ich chęci. "A mogę umyć tylko głowę, bo dziś nie grałem?". "Tak, oczywiście, ale potem musisz siedzieć ode mnie daleko..." - oni zawsze mają bardzo dużo do powiedzenia.

Następny program edukacyjny: wychowanie w wartościach. Zwykle oglądają najpierw jakiś film wartościowy, np. "Stowarzyszanie umarłych poetów", a potem przerabiają taką kartkę, na której napisane jest bardzo dużo mądrych rzeczy o danej wartości. No przypuszczam, że tak jest, bo dla mnie te kartki zawierają całą paletę nowego słownictwa.... Kolacja, inne atrakcje i mój ulubiony punkt programu: spanie.

Tak pokrótce wygląda plan dnia. Zazwyczaj. Często zdarzają się jakieś niespodzianki. Prawie każdego dnia coś się zdarza nowego: a to ktoś przyjedzie, a to my gdzieś pójdziemy... Naprawdę każdy dzień potrafi czymś zaskoczyć, a już szczególnie wtedy, gdy wstanę i sobie pomyślę: w tym dniu będzie nudno.

Ponieważ święta dobiegają końca, to napiszę jak minęły. Było dziwnie. Czułam się tak, jak osoba pozbawiona swojej własnej kultury, której nie zaproponowano nic w zamian. Może też dlatego, że zostałam pozbawiona takich drobiazgów jak śnieg, ciemny i cichy wieczór, ciepło domu rodzinnego. W zamian w Wigilijny dzień mogłam pograć w siatkówkę, pośpiewać "kolędy" o bardzo głębokiej treści: o barankach, krowach i o tym, ze Dziecina płakała, bo "nie miała jabłuszka". Wieczorem kolacja: pure, indyk i sałatka z ananasa i jabłka - wszystko bardzo pyszne. Msza zakończyła się 30 minut przed północą, by ludzie mieli okazję puszczać o północy fajerwerki i wypić szampana. A w naszym domku zapanowała bardzo radosna atmosfera (sprostowanie: nikt z nas nie pił). Fajne to było!!!

W Sylwestra rozkład dnia był taki sam. Na początek kolacja z pysznym deserem, Msza i szampan o północy. A potem zabrali mnie na imprezę do domu jednego z animatorów.

A jeszcze jedna anegdotka. W sylwestrowe przedpołudnie przeszłam się na rynek i patrzę, i widzę, że wszyscy sprzedają bieliznę w kolorze żółtym. Jedyna moja myśl była taka: zrabowali jakąś ciężarówkę i teraz sprzedają. Och! Jakże wielka jest moja ignorancja! Tutaj żółty kolor oznacza szczęście! Ale może nie ma co rozdzierać szat z powodu mego dyletantyzmu, nie moja to wina, że od dziecka wbijano mi do głowy, że żółta róża to zdrada, zazdrość czy coś w tym stylu. Najbardziej podobała mi się Msza noworoczna. Spędziliśmy w kościele 2 godziny, przy okazji chrzcząc 2 dzieci. A na koniec Mszy ks. Ryszard wymyślił, że przekaże ludziom życzenia. No więc moja megalomania popchnęła mnie do tego, że zaczęłam moją mowę jako przedstawiciel Benedykta XVI. Oj, należy mi wybaczyć, ci ludzie w czasie "Urbi et Orbi" świętowali przełom roku i jak w tym czasie słuchać przemówień z Watykanu?!

Ponieważ mrok zapadł już za oknem (dawno temu), idę poszukać kogoś, kto zechce ze mną zmówić różaniec. Mam paru wiernych towarzyszy. I boisko jest o wiele większe niż patio w Limie. Tylko że pada, więc chyba schronimy się w kaplicy.

Bardzo dziękuję za wszelkie wsparcie modlitewne. Potrzebuję go bardzo, bo dzieciaki czasem nieźle dają w kość i już czasem nie wiem, skąd mam czerpać cierpliwość. Jak wrócę do Polski, to po takiej szkole życia stoicy przyjmą mnie do swego grona z otwartymi ramionami!

Z Bogiem
Danka Prot

Autor

Danuta Prot

Źródło

Międzynarodowy Wolontariat DON BOSCO


Udostepnij